Dziwnie się czuję. Trochę tak, jakbym dostała największy i najsmaczniejszy cukierek świata, a gdzieś dalej ktoś machał mi przed oczami mega wielkim cuksem w polewie czekoladowej.
Kończę po malutku Krew i złoto Rice, potem posiedzę sobie z Dialogami Paltona, następnie skoczę po raz drugi do Forks, później wbiję sobie Kaktus w sercu i przeświecę go lemowskim Solaris, by potem porozmawiać z Panią Dalloway o Przypadku Adolfa H.
Po tygodniu przeklinania na pocztę polską dręczę palcem wskazującym okładkę Disraeli Gears Creamu, a także zastanawiam sie, skąd wziać mamonę na Muse’a i Franza Ferdinanda.
Jestem obiektem żartów rzeczy martwych. Na moją głowę spadł dziś z brzdękiem pilot, a uderzenie spowodowało, że na odległość jakiś dwóch metrów wypadły z z niego baterie.
Dziś słuchamy: Balck Sabbath, Peaches, Portishead, Cream i MGMT.
Dziś czytamy: Nowy/stary NG, Krew i Złoto.
Dziś oglądamy: Agentów miłości, Wielkie nadzieje.
